wtorek, 26 lipca 2016

Rozdział V. Ogniste rodzeństwo


 Szeregi domów pogrążały się w ogniu, a ja mogłem tylko się przyglądać. Z jednego dobiegał płacz dziecka. Jakaś elfka upadła na kolana zalana łzami. Moje dziecko! - wołała rozpaczliwie. Strażnicy ledwie sobie radzili. A raczej wodne ptaki, kierowane przez krasnoludy. Nagle parę osób uniosło ręce w górę, pokazując palcem. Spojrzałem w stronę wskazywanego miejsca. Przez ułamek sekundy widziałem jak do płonącego budynku ktoś wleciał przez okno. Jednak nie widziałem go dokładnie, ponieważ szybko zniknął w płomieniach. Widziałem tylko jego skrzydła. Nie minęła minuta, a wyskoczył przez okno. Na początku był skulony, a potem zza jego pleców ukazały się  czerwone, łuskowate skrzydła. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że to Rossa. W rękach trzymała elfie dziecko. Czerwonowłosa zgrabnie wylądowała wśród gapiów, tuż przed zapłakaną matką. Schowała skrzydła, po czym oddała malca. Uśmiechnęła się lekko do kobiety, która dziękowała za uratowanie jej dziecka, po czym jej wzrok powędrował na mnie. Szybko stanąłem za bardzo umięśnionym mężczyzną, z byczymi nogami i rogami. W spodniach też pewnie chował ogon. Nie chciałem by mnie zauważyła. Właściwie nie wiem czemu. Jednak wyszło na opak.
 - Max? - dziewczyna zaszła mnie od tyłu i złapała za ramię. Mimowolnie się odwróciłem.
 - Hmmm.. - zamyśliła się.
 - Chciałaś czegoś? - zapytałem przechylając głowę na prawy bok.
 - Hę? Chcę po prostu wiedzieć, dlaczego wtedy w lesie tak uciekłeś.
 - Cóż... - uśmiechnąłem się nerwowo ukazując szereg zębów i podrapałem się po głowie - Myślałem, że chcesz mnie zabic. Już nie raz coś czyhało na moje życie, więc...
 - Rozumiem - przerwała mi - Ale chyba już się mnie nie boisz, prawda? Mnie i Lux'a.
 - Skądże. Przepraszam za tamto zachowanie.
Przez chwilę, która wydawała się wiecznością, staliśmy w milczeniu i mierzyliśmy wzrokiem. Jej ogon wił się po ziemi, robiąc małą burzę piaskową. Ogień został ugaszony, a tłum nieco się rozszedł.
 - Właściwie to czym jesteś? - zapytała patrząc mi prosto w oczy, ale potem wbiła wzrok w ziemię i oblała się lekkim rumieńcem przez to śmiałe pytanie. Na początku myślałem, że myśli, że jestem jakimś demonem, wybrykiem natury, pacjentem z nieudanego eksperymentu, pechowym przypadkiem. Ale w końcu zrozumiałem o co chodzi. Miała na myśli, jakim to stworzeniem jestem.
 - Jestem człowiekiem - odpowiedziałem. Rossa wyglądała nieco na zmieszaną, jakby nigdy nie słyszała o tej tajemniczej istocie. Albo może wiedziała o istnieniu ludzi, tylko nigdy żadnego nie widziała.
 - Inaczej sobie wyobrażałam - przyznała zielonooka.
 - Czyli jak? - spytałem.
 - Ojciec opowiadał, że ludzie to paskudne istoty. Myślałam, że mają ostre jak brzytwy kły i pazury, ogon mogący w stanie zniszczyć wszystko co stanie na drodze, ogromne skrzydła, węże zamiast włosów, gnijącą skórę na której żerują rob... - przerwała w połowie zdania po czym wbiła wzrok w ziemię - Przepraszam! Wcale nie uważam, że jesteś paskudny!
 - Tak? - zaśmiałem się po czym lekko poczochrałem jej głowę, jakbyśmy byli najlepszymi przyjaciółmi - Wiem, że tak o mnie nie myślisz. Nie gniewam się.
 - Dla nas to niecodzienny widok zobaczyć człowieka. Skąd się tutaj wziąłeś?
 - Powiedzmy, że to przez pewną staruchę. Zresztą. Przejdziemy się?
 - Jasne.
Spacerowaliśmy po wioskach rozmawiając.
 - Moi rodzice zginęli na wojnie. Został mi tylko Lux. Mamy tylko siebie. Może i jest trochę wredny, ale troszczy się o mnie. Jest moim starszym bratem i czuje się za mnie odpowiedzialny.
 Nie wiem dlaczego, ale kiedy Rossa mi o tym powiedziała, czułem, że to Ben jest odpowiedzialny za śmierć jej rodziców. Nie pamiętam, aby wspominał coś o narażeniu mieszkańców. I mało przeze mnie Midoria ległaby w gruzach... - przypomniały mi się jego słowa. Polubiłem ją. Naprawdę ją lubię. Mimo że na każdym kroku starannie dobiera słowa, by mnie znowu czymś nie urazić, jednak nigdy nie czułem się urażony z jej powodu. Może nieco podirytowany, ale to nie to samo. Potem opowiadała mi o Midorii i nieco o mieszkańcach, oraz o lesie, do którego zresztą zawędrowaliśmy. Rossa pokazała mi wiele zakątków, których sam nie byłbym w stanie odkryć. Między innymi Płonące Wzgórze. Żeby się tam dostać, trzeba uderzyć głową o taflę wody w stawku, w konkretnym miejscu. Nie sprawiało to żadnego bólu (chyba że nie trafisz). Woda w tym miejscu była bardzo gęsta. Po paru sekundach wyrzucało cię na brzeg. Nie w to samo miejsce. Jakby to był portal w zupełnie inny świat. Świat, który oprócz tego stawku i małego wzgórza z obrazem na sztuczny las nie miał nic. I mimo swojej nazwy, Płonące Wzgórze wcale nie było pogrążone w ogniu. Rossa wytłumaczyła mi, że tą nazwę zawdzięcza tym, że często przebywały tutaj pewne płonące istotki. Po prostu żywe płomyki, jak mówiła. Innym takim miejscem, była też Ziemia Wikingów. Znajdowało się to pod ziemią. Niewielki obszar, na którym oprócz starych kości nie było nic. Zastanawia mnie, czy Ben o tym wszystkim wiedział. Żył w tym lesie nieświadomy tego wszystkiego? A może wie, ale nie chciał mi pokazywać. Nie mówiłem Rosse o Benie, ani gdzie mieszkam, czy inne tego typu rzeczy.Zresztą bez znaczenia. Kiedy wyszliśmy z Ziemi Wikingów, okazało się, że jest już ciemno, mimo że nie spędziliśmy tam dużo czasu. Nie potrzeba nie wiadomo ile czasu, żeby się zgubić w tym mroku. Na szczęście znalazł nas Kolf. Odprowadził dziewczynę do wioski, a mnie zabrał do "swojej" jaskini, gdyż nie wiedział gdzie mieszkam, ujmując to tak. Spałem w dużym oddaleniu, ponieważ Rik szczerzył na mnie zęby. Z samego rana, o świcie pożegnałem się i ruszyłem do domu. Elfa jeszcze nie było. Wziąłem łuk, kilka strzał i wyruszyłem upolować śniadanie. Po jedzeniu zawędrowałem do wioski, w nadziei, że znowu spotkam Ross. Ale zamiast niej trafiłem akurat w sam środek bójki. Przecisnąłem się przez tłumy, by lepiej widzieć. Klęczałem na ziemi, wystawiając głowę pomiędzy nogami. Gapie otoczyli jakiś trzech kolesi. Jednym z nich był Lux. Dwaj pozostali byli o wiele bardziej wyżsi, umięśnieni. To były jedne z tych "nigerów". Przypominały ludzi, ale były większe, silniejsze, a ich oczy przypominały węgielki. Dodatkowo mogły miec pięc kolorów skóry, w zależności od tego, jakim żywiołem panował. Tamte były białe, czyli panują nad wszystkimi czterema, ale nigdy nie będą władac nimi tak w połowie dobrze jak tamte. Nigery śmiały się szyderczo. Jeden z nich uniósł dłoń w górę i wziął zamach na Lux'a, jednak ten zablokował jego atak niebywale silnym ogonem. Napastnik odsunął się trochę nieco zmieszany. Lux był bardzo pewny siebie. Zauważyłem, że ma niebywale długie pazury, a łuski na ogonie i skrzydłach przypominały jakieś małe noże. W niektórych miejscach się zapalały. Napastnicy zaatakowali go równocześnie, sprzedając mu serię ciosów. Jednak wszystkie zręcznie blokował. Nagle Lux stanął w płomieniach, a ogon próbował owinąc wokół nich. Nigery krzyknęły z bólu od oparzenia.
 - Głupi szczeniak! - warknął jeden, a między jego palcami pojawiła się mała kulka, którą cisnął w chłopaka. Woda. Płomienie na chwilę zgasły w trafionym miejscu, jednak znów się podpalił. Wtedy rzucił się na niego i sprzedał serię ciosów. Jego kolega tylko patrzył oszołomiony. Nagle Lux znalazł się na ziemi, przykryty przez niebieską siatkę. Momentalnie przestał się palic, schował skrzydła, ogon skurczył się nieco. Już nie wyglądał tak groźnie jak przedtem i to nie dlatego, że był uwięziony.
 - Co się tutaj znowu dzieje? - z tłumu ujawnił się szatyn, siedzący na brązowym koniu. Gdyby nie te jego szaty i kolor włosów, pomyślałbym, że to Ben. Ale to tylko Lick.
Elf zmierzył wszystkich wzrokiem. Tłum natychmiast się rozszedł. Schowałem się za jakiś słup. Przecież nie będę tam stał. Dokładnie nie słyszałem o czym rozmawiają, ale widziałem. Lux wyrywał się z siatki na wszystkie strony, a oni nic sobie z tego nie robili. W końcu Lick zabrał go ze sobą, czym prędzej oddalając się na swoim wierzchowcu. Tylko gdzie go zabierają..?

piątek, 17 czerwca 2016

Rozdział IV. Kto rano wstaje, ten się topi


 Następnego dnia wstałem wyjątkowo wcześnie. Tutejsze wschody słońca są jak malowane. Z rana wybrałem się nad jezioro, by coś upolować. Miałem ze sobą łuk, strzały i sztylet. Straszne przedłużałem sobie drogę.  Na miejscu musiałem natychmiast schować się za głaz. . Tam ktoś był. Strasznie niski, o szarej karnacji i szpiczastych uszach. Stał odwrócony plecami do mnie. Mroczny elf. Jedynie co mówił mi o nich Ben, to to, że lepiej z nimi nie zadzierać i nie mieć w nich wroga. Spojrzałem przed siebie w głąb lasu. Chwilę później usłyszałem plusk. Odwróciłem się. Tam gdzie przed chwilą stał elf, była kobieta. Odwrócona tyłem. Miała długą, błękitną sukienkę. Klęczała. Twarz zakrywały jej długie, białe włosy i dłonie. Czyżbym pomylił mrocznego elfa z tą kobietą? Znowu odwróciłem wzrok i po chwili tam spojrzałem. Była tam. Ostrożnie wyszedłem z ukrycia. Kiedy mnie usłuszała, natychmiast się odwróciła.
 - Przepraszam, ale co robisz? - spytałem z mostu.
 - Podejdź bliżej, to się dowiesz - uśmiechnęła się.
Czułem, że to jakaś pułapka, a jednak głupi poszedłem...
 - Teraz mi powiesz?
 - Słucham wody.
 - Co takiego?
 - Jeśli się dobrze przyjrzysz swojemu odbiciu, usłyszysz. Spróbuj.
Wydawało mi się to trochę dziwne, ale spróbowałem. Oczywiście oddaliłem się od niej znacząco. Ben nic nie mówił o takich przypadkach. Patrzyłem bezmyślnie na swoje odbicie, ale bardziej skupiałem się na słuchu. Burczało mi w brzuchu. Nagle coś przykuło moją uwagę. Odbicie. Miałem czerwone oczy i... szpiczaste uszy? Nie wyglądałem jak ja. Gwałtownie próbowałem wstać, ale z wody wyłoniła się para rąk. Złapały mnie za kark i włosy i pociągnęły w dół. Zdążyłem jeszcze złapać oddech. Chciałem się wyrwać z uścisku i wypłynąć na powierzchnię. Nie mogę się ruszać. Nie widziałem nic. Nawet twarzy mojego oprawcy. Nagle poczułem silne uderzenie w głowę. Jęknąłem, jednak mój krzyk stłumiła woda. Wypuściłem z płuc ostatni oddech. Nie minęła chwila, kiedy straciłem przytomność. Ile to trwało? Obudziłem się w czasie rekaminacji. Natychmiast podniosłem się do pozycji siedzącej i wyplułem resztki wody.
 - Wszystko w porządku? - usłyszałem dziewczęcy głos. Przede mną klęczała czerwonowłosa dziewczyna. Miała intensywnie zielone oczy. Nie widziałem w niej nic szczególnego. Dopiero po chwili zobaczyłem łuskowaty czerwony ogon wijący się za nią na ziemi. Wyglądała na zatroskaną, ale to pewnie kolejna istota, która czyha na moje życie.
 - Tak... - odpowiedziałem.
Na te słowa odetchnęła.
 - Nazywam się Rosse.
 - Jestem Max. Dziękuje za pomoc, ale muszę iść.
Wstałem z ziemi i chwiejnym krokiem ruszyłem przed siebie.
 - Jesteś pewny, że wszystko ok?
 - Jasne.
Chciałem jak najszybciej uciec. Chcę po prostu wrócić do domu. Najwyżej kupię jedzenie za pieniądze Bena. Mam dość na dziś. Jednak coś musiało mi przeszkodzić. Przede mną dosłownie pojawiła się twarz do góry nogami. Odruchowo się cofnąłem. Rudowłosy chłopak dyndał na gałęzi zawieszony ogonem, który był pokryty łuskami.
 - Tak się odwdzięczasz?! - warknął.
 - Lux, spokojnie - uspakajała Rosse.
Chłopak burknął coś tylko i zeskoczył na ziemię. Zza jego pleców ukazały się łuskowate czerwone skrzydła. Nagle zniknęły całkowicie, a potem machnął nimi i zrobił małą burzę piaskową.
 - Tamci goście co próbowali Cię utopić to Aya i Beynod. Gdyby nie my, skończyłbyś na dnie - tłumaczył Lux, a po chwili pochwalił się - Uciekli na widok mojej potężnej zarąbitości!
 - Uciekli bo mogliśmy ich usmażyć... - wtrąciła Rosse.
 - Dziękuje bardzo wam za pomoc - przerwałem - Ale muszę iść.
Z nosa Luxa zaczęły wydobywac się kłębki dymu. Uważnie mi się przyglądał.
 - Dziwnie wyglądasz - stwierdził po chwili.
Przewróciłem tylko oczami i go wyminąłem. Nie próbowali mnie zatrzymać. W trakcie wędrówki co chwila odwracałem się, by zobaczyć czy mnie nie śledzą. Na szczęście moje obawy zostały rozwiane. W domu złapałem kilka monet, które zostawił mi elf i ruszyłem do wioski. Wydałem prawie wszystko, ale najadłem się do syta. Z "ocalałymi" monetami dałem się wciągnąc w hazard, namówiony przez (prawdopodobnie) krasnala. O dziwo wygrałem. Zarobiłem tyle kasy, ile to Ben mi dał. Wróciłem do domu ozłocony. Wrzuciłem monety do sakiewki i rzuciłem się na łóżko wyczerpany. Dochodził wieczór. Następny dzień spędziłem na polowaniu, odwiedzaniu Wolfa i jeśli czułem się na siłach, próbowałem szczęścia w hazardzie. Tak wyglądał mój każdy kolejny dzień. Aż to się wydarzyło. W wiosce wybuchł pożar.

sobota, 28 maja 2016

Rozdział III.Konflikty rodzinne


Z samego rana, kiedy Ben jeszcze spał, wyszedłem do wioski. Wszyscy dziwnie się na mnie patrzyli i wydawało się, że mnie unikają. Próbowałem podpytać parę osób, gdzie mogę znaleźć ową Marię, o której wczoraj była mowa. Ale oni tylko wyśmiewali mnie, gdy tylko się odwracałem.
 - Co tu tu robisz? Wracaj! - usłyszałem za sobą głos Bena. Odwróciłem się. Elf złapał mnie za dłoń i pociągnął za sobą, jednak wyrwałem się.
 - Chce się dowiedzieć czegoś o Marii! - wykrzyczałem.
 - Nie możemy tutaj być! - wrzasnął.
 - Dlaczego?!
Nagle zorientowałem się, że wszyscy się na nas patrzą, jakby chcieli nas zabić.
 - Widzisz jak na nas patrzą inne elfy - powiedział.
Nagle między tłumem przecisnął się jakiś szatyn, kropka w kropkę jak tamten na obrazku.
 - Co ty tutaj robisz?! - warknął piorunując Bena wzrokiem - Czy ojciec nie wyraził się jasno, że masz się tutaj nie pojawiać więcej?!
 - Miałem zniknąć tylko z Anvatii, czyż nie? - odpowiedział blondyn.
Szatyn skrzyżował ręce na klatce piersiowej i zmarszczył brwi.
 - Chyba nie zabronisz mi tu przebywać, Lick.
 - Nie... ale pamiętaj, że mam cię na oku! Jeśli zobaczę, że coś znowu kombinujesz, to..
 - Tak, tak - przerwał mu i odwrócił się do mnie. Złapał mnie za rękaw i przecisnęliśmy się przez tłumy w las. Szybko dotarliśmy do domu.
 - Kim on był? - spytałem i zerknąłem na obraz - Twój brat?
 - Tak - rzucił krótko - Cholerna Cheruba...
Przekrzywiłem głowę na bok niewiele rozumiejąc.
 - Co między wami zaszło?
Ben westchnął, ale opowiedział mi wszystko:
 - To było jakieś osiem lat temu, czyli cztery lata twojego czasu. Trwała wojna pomiędzy Midorią, a Augestią, czyli jedyne państwa w tym świecie. Ojciec, czyli obecny król i wojownik kazał Lick'owi, mi i Annie się gdzieś ukryć. Oni oczywiście posłuchali, a ja nie chciałem tchórzyć, więc poleciałem na pole bitwy na smoku ojca. Jaki ja byłem naiwny, myśląc, że uda mi się na nim latać. Oczywiście straciłem nad nim kontrolę, o mało nie zabiłem kilku naszych ludzi i prawie uśmierciłem króla, bo nie miał jak uciec, gdy wrogowie doili się do wieży... co ja mówię! Nie króla, a całą rodzinę królewską! W dodatku się rozbiłem, a smok nadział na jakiś miecz, czy to włócznia była... To był najlepszy przyjaciel ojca. Kiedy to wszystko się wydało, że naraziłem rodzinę na śmierć, zabiłem pupila i mało przeze mnie Midoria ległaby w gruzach, wygnali mnie, a raczej król, bo ma obsesję na punkcie przestrzegania zasad. Tak po prostu. Mam zakaz zbliżania się do Anvatii, czyli stolicy... więc zaszyłem się tutaj w lesie, z dala od wszystkich. Czy takie tłumaczenie cię zadowala?
Kiwnąłem twierdząco głową. Ben złapał łuk ze stołu i rzucił mi go bez zastanowienia. Złapałem broń, a on skądś wytrzasnął strzały. Wyszliśmy. Udaliśmy się do tamtego samego miejsca, nad rzekę. Podczas moich kolejnych nieudanych prób trafienia w królika, on skakał z drzewa na drzewo, świetnie się bawiąc. Ciekawe czy wszystkie elfy są tak sprawne, bo to był skok na co najmniej dwa i pół metra. Po polowaniu wróciliśmy do domu, Ben oczywiście cały czas skakał z gałęzi na gałąź. Na miejscu chciałem jeszcze wypytać o Marię, może jednak coś wie...
 - Nie wiem jak ją znaleźć, dlaczego miałbym oszukiwać?
 - Bo wtedy stałbym się upierdliwy... - powtórzyłem jego słowa.
 Przez kilka kolejnych dni Ben uczył mnie tylko strzelania z łuku, oprowadził mnie mniej więcej po lesie, opowiedział jakich miejsc lepiej unikać i gdzie zapolować na najlepsze kąski. Wytłumaczył też do kogo (lub czego) mam unikać jak ognia, a z kim (lub czym) mam mieć dobre relacje. W tym jego lesie jest od groma niezwykłych zwierząt. Między innymi pomarańczowo-czerwone jelonki, które stawały w ogniu kiedy czuły strach, wilki z wieloma ogonami, a nawet Kelpie, czyli "wodny koń zmieniający kształty". Najbardziej zafascynowały mnie chyba tutejsze ptaki. Kiedy szybują po niebie otacza ich gęsta mgła, która rozpływa się w powietrzu. Mgła miała kolor w zależności od tego jaki posiadał dany ptak. A kolory miały różne. Ale najbardziej wkurzające były z pewnością owady. Może i błyszczą jak złoto, ale co z tego, jak gryzą?
 Rano, po przebudzeniu (spałem na materacu) zauważyłem, że Ben gdzieś zniknął. Za to na stole leżał sztylet i kartka. Pod stołem, o jego nogę opierał się łuk i strzały. Kartka głosiła:


Max
Wyruszyłem w góry i nie będzie mnie przez kilka dni. Chyba sobie poradzisz. Zostawiłem Ci trochę pieniędzy, ale PROSZĘ, wydawaj je tylko w ostateczności!
 Ben


Od razu złapałem sztylet i wybiegłem na powietrze. Latałem jak oszalały. W końcu potknąłem się o jakiś patyk i runąłem na trawę. Była zaskakująco miękka. Nie chciało mi się wstawać. Do tego słońce tak grzało... Nagle poczułem ucisk na brzuchu. Uniosłem głowę. Tylko królik się na mnie wdrapywał. Pozwoliłem mu. Potem przeszedł z brzucha na klatkę. Zaczął obwąchywać moją szyję. Poczułem jak lekko mnie ugryzł, po czym zeskoczył i dał susa w krzaki. Złapałem się za ugryzione miejcie i odkryłem, że królik zwędził mów wisiorek.
 - Oddawaj! - wrzasnąłem i rzuciłem się pędem tam, gdzie pobiegło zwierzę. Nie wiedziałem, że króliki są takie szybkie. W końcu złoczyńca uciekł do skalistej jaskini. Ben uczył, żeby unikać tego miejsca, ale wisiorek był dla mnie ważniejszy. Wkroczyłem do środka. Było zimno i cholernie ciemno. Wyjąłem sztylet i ruszyłem niepewnie przed siebie. Dotknąłem dłonią ściany. Wilgotna.
 - Zabiję tego królika... - pomyślałem.
Nagle usłyszałem jakieś kroki. Przełknąłem ślinę i zacisnąłem zęby. Kątem oka dostrzegłem jakiś ruch. Usłyszałem jakby warczenie wilka. Serce biło mi jak szalone. Powoli się wycofywałem, kiedy nagle rozbłysło światło. Przede mną stał chłopak z płonącą pochodnią w ręku. Miał brązowe, nieco szpiczaste włosy i zarośniętą szyję "po bokach". Ręce miał też wyrośnięte i długie pazury. Oprócz tego miał wilcze uszy i ogon. Wyglądał jak połowiczny wilkołak. Uśmiechnął się pokazując swe ostre zęby. Po chwili zauważyłem jego zwężone źrenice. Oczy miał zielone. Obok niego stał warg. Piorunował mnie wzrokiem, trzymając w pysku kawał mięsa. To ten królik...
 - Jak dobrze cię znów widzieć... - powiedział połowiczny wilkołak.
Znów?
 - Pewnie mnie nie pamiętasz, co? Jestem Kolf, a to mój przyjaciel Rik.
Stałem nadal osłupiały. Nagle Rik warknął, aż się wzdrygnąłem.
 - Rik, to nie intruz! Max to przyjaciel! Przyjaciel! - uspokajał go Kolf - Przepraszam za niego.
 - Teraz już Ciebie pamiętam - powiedziałem - To ty mi powiedziałeś o Marii...
 - Owszem. Potem chodziłeś po wiosce jak oszalały i o nią pytałeś.
 - Wiesz gdzie jest? - spytałem z nadzieją w głosie.
 - Wiem, ale to cholernie daleko stąd. Nie opiszę ci tej drogi, ani nie zaprowadzę cię tam, bo światło słoneczne źle na mnie działa.
 - A gdybyśmy tak się poruszali w nocy? - nie odpuszczałem.
 - Na nic. Trzeba przejść przez pustynię i gdzie ja tam znajdę cień do ukrycia się?
 - Och... - westchnąłem zrezygnowany - W porządku...
 - Ej, nie łam się! Może jeszcze kogoś znajdziesz. Ja chętnie bym ci pomógł, ale wiesz, słońce.
 - Dzięki.
 - Tak właściwie po co wszedłeś do tej jaskini?
 - Królik ukradł mi mój cenny wisiorek - spojrzałem na Rik'a, ale szybko odwróciłem wzrok pod wpływem strachu przed nim. Zawarczał groźnie.
 - Już go nie odzyskasz - wzruszył ramionami Kolf.
Potem pożegnaliśmy się i wróciłem na powietrze. Jego warg piorunował mnie wzrokiem jak odchodziłem.

sobota, 14 maja 2016

Rozdział II. Maria


Obudziłem się na materacu, przykryty grubym kocem. Ben już był na nogach. Siedział przed kominkiem, wpatrując się w płomienie. Leniwie wstałem i rozprostowałem kości.
 - Weź to - elf nagle zerwał się z miejsca i podał mi łuk - Czas na polowanie.
Przyjąłem broń od blondyna i podążyłem za nim na zewnątrz. Na rękach niósł strzały. Niektóre były połamane, ale chyba tego nie zauważył. Poszliśmy nad niewielką rzekę i schowaliśmy się za wielkim głazem.
 - Często zbierają się tutaj małe zwierzęta - powiedział półgłosem.
Czekaliśmy w ukryciu obserwując rzekę. Po jakimś czasie pojawił się królik. Ben wyrwał mi łuk i naciągnął strzałę na cięciwę. Wycelował w zwierzę po czym strzelił. Strzała przebiła królika na wylot. Szybko podbiegł do niego i dobił, gdyż był jeszcze żywy. Po chwili wrócił z martwym królikiem w ręku i położył go na trawie.
 - Teraz ty - powiedział podając mi łuk z strzałą.
Po jakimś czasie znowu pojawił się królik. Oczywiście spudłowałem. Następny... kolejny... nie mogłem trafić w żadnego, a przecież dostosowałem się do wskazówek Bena! Czekając na kolejne zwierzę, uciąłem sobie z nim krótką rozmowę:
 - Właściwie to ile żyją elfy? - zapytałem.
 - Żyją tyle ile żyją... - odpowiedział obojętnie nie spuszczając wzroku z rzeki.
 - A ile ty masz lat?
 - Trzydzieści dwa...
Otworzyłem oczy ze zdziwienia. Trzydzieści dwa?! Wygląda jakby miał szesnaście!
 - No co? - powiedział kiedy zauważył moje zdziwienie - Tutaj czas płynie inaczej...
 - Czyli? - dopytywałem.
 - Znaczy, że rok ma sześc miesięcy, godzina ma sześćdziesiąt minut, a minuta tyle samo sekund - uśmiechnął się.
Och, więc dlatego ma trzydziestkę na karku, a wygląda jak nastolatek. Chociaż pewnie u nich taka trzydziestka to jeszcze wiek nastoletni.
 - A ja szesnaście... - powiedziałem - Za to u nas rok ma dwanaście miesięcy...
 - Czyli tak jakby rówieśnik - powiedział Ben po dłuższym namyśle.
Wróciliśmy do polowania. Po kolejnych nieudanych próbach, poszliśmy w inne miejsce, gdzie królowały jakieś zmutowane wiewiórki. Ben mówi na nie racfox. Przypominały - wcześniej wspominane - wiewiórki, tyle że były większe i szare. I wolniejsze. Tam już łatwiej było mi na nie zapolować. Po upolowaniu dwóch , wróciliśmy w końcu do domu. Tam elf nauczył mnie jak je "przyrządzić". W trakcie jedzenia zadałem jeszcze pytanie:
 - Ile macie pór roku?
 - Trzy... - powiedział nie przestawiając jeść - Pora ciepła, zimowa i przejście z zimowej na ciepłą i z ciepłej na zimową. Ta ciepła i zimowa trwają dwa i pół miesiąca... A u was? - zmierzył mnie wzrokiem.
 - Mamy wiosnę, lato, jesień i zimę. Każda trw-
 - Śmieszne te nazwy - przerwał mi.
Resztę jedzenia dokończyliśmy w ciszy. Cały czas przyglądałem się tamtemu obrazowi. Potem wyszliśmy jeszcze do lasu. Trenowałem strzelanie z łuku, bo bądź co bądź, fuksem mi się udało trafić racfoxy. Chciałem go jeszcze trochę wypytać o całą Midorię, ale za każdym razem mnie spławiał. Za to obiecywał oprowadzić mnie wieczorem po wiosce, niedaleko lasu. Resztę dnia straciliśmy polując i trenując celność. W końcu zaczął zapadać zmrok. Zgodnie z obietnicą poszliśmy do wioski. Przez cały czas oglądał się nerwowo na wszystkie strony, jakby nie chciał być zauważony. Na ulicach nie było żywej duszy!
 - Lepiej już spadajmy - odezwał się i spojrzał w księżyc, którego częściowo zasłaniały chmury.
 - Dopiero co przybyliśmy - uparłem się.
 - Trzydzieści minut temu. Jak dla mnie dużo.
 - Co się tak pieklisz?
 - Nie jestem tu mile widziany, więc chodźmy stąd.
Ben złapał mnie za nadgarstek i siłą odciągał od wioski. Nagle coś zauważyłem kątem oka. Elf niespodziewanie się zatrzymał. Przed nami stał jakiś chłopak, jednak przez panującą ciemność nie zdołałem dostrzec jego twarzy. Jedynie jego oczy błyszczały czerwienią. Był mniej więcej naszego wzrostu.
 - Ben! Kopę lat! - zaśmiał się i złapał blondyna za ramiona, przypierając do ściany - Myślałem, że już cię nie zobaczę... A to kto jest? - nagle zwrócił się ku mnie i zrobił mi to samo co Benowi.
 - Przestań - Elf odepchnął go ode mnie.
 - Masz dziwny zapach... - nieznajomy nic sobie z tego nie zrobił i znowu się do mnie zbliżył. Jednak Ben znowu go odepchnął i szybko powiedział:
 - Kolf, poznaj Max'a. Max, poznaj Kolf'a.
 - Nigdy Cię tu nie widziałem... - powiedział Kolf i znowu się przybliżył, jednak znowu został odepchnięty.
 - Nie jestem stąd... - powiedziałem - A ten tutaj mnie przygarnął.
 - Wiem! Szukasz Marii, by wrócić do świata ludzi!
Popatrzyłem na Bena pytająco.
 - Maria?
 - Tylko ona zna drogę powrot... - dalej nie dokończył, bo Ben zatkał mu usta. Potem złapał za nadgarstek i ciągnął mnie aż do samego domu.
 - Ale z niego papla... - narzekał.
 - O czym mówił Kolf? - zapytałem - Jest jakaś droga powrotna?
 - Jest - przewrócił oczami - Ale nie chciałem Ci powiedzieć.
 - Dlaczego?!
 - Bo stałbyś się bardziej upierdliwy - zaśmiał się - Poza tym nie mam pojęcia jak trafić do Marii.
Na tym skończyła się nasza rozmowa.

piątek, 6 maja 2016

Rozdział I. Midoria


 - Co chcesz osiągnąć przez bicie się? - spytał nieznajomy twardym głosem.
Zaniemówiłem. Patrzyłem tylko na niego jak zaczarowany. Był mniej więcej mojego wzrostu, miał blond włosy, ale najbardziej rzucały się jego szpiczaste uszy. Miał na sobie najzwyklejsze zielone ubrania, już z lumpeksu wyglądały lepiej, a u pasa wisiało mu kilka strzał. Na ramieniu dyndała mu skórzana torba, taki sam materiał jak buty, trochę podarta. Sam chłopak był nieco pobijany i brudny. Przeszywał mnie swoimi niebieskimi, a wręcz błękitnymi oczami, nieco zdziwiony.
 - Zapomniałeś języka? - odezwał się ponownie. Szybkim ruchem złapał mnie za rękę i podniósł z ziemi. Przyglądał mi się jeszcze chwilę w skupieniu, aż oznajmił:
 - Dziwnie wyglądasz. Pewnie nie jesteś stąd, co?
 - Stąd...? - zdziwiłem się.
 - On jednak coś mówi! - blondyn zaklaskał - Witaj w świecie Midorii!
 - Co takiego?
 - To co słyszysz. Najwyraźniej znalazłeś się tu przez przypadek... albo... - zawiesił głos.
 - Jakaś starucha dała mi figurkę...
 - Nie tłumacz się - przerwał mi - Nie obchodzi mnie jak tu się znalazłeś.
 - Skoro tak, to jesteś elfem? - spojrzałem na niego szpiczaste uszy.
 - W rzeczy samej.
 - Jest jakaś droga powrotna z tej... Midorii?
 - Droga powrotna? - nieznajomy uniósł brew i spojrzał na mnie głupkowato - Nie ma czegoś takiego.
Przeraziłem się. Elf tylko uśmiechnął się szyderczo i odwrócił do mnie plecami. Zaczął iść przed siebie, ignorując mnie. Nie ma drogi powrotnej? Rozejrzałem się po lesie. To niemożliwe! Jeszcze wcześniej siedziałem sobie w miejscu, którym nazywam domem i wmawiałem sobie, że czarów nie ma, a przed chwilą rozmawiałem sobie z elfem! To na pewno musi być albo sen, albo ja jestem szalony. Spojrzałem na plecy nieznajomego. Przez chwilę się wahałem, ale ostatecznie zdecydowałem się do niego podbiec. Kiedy byłem blisko niego złapałem go za ramię i zatrzymałem. Niebieskooki odwrócił się do mnie.
 - Jeszcze jakieś pytania? - zapytał.
 - Skoro... - zacząłem niepewnie - skoro to nie jest sen, ani żadne moje zwidy to... to musi być prawdziwe...
Elf przewrócił oczami. Jego wzrok mówił jedno: streszczaj się, nie mam czasu!
 - Chcę, żebyś mnie uczył - powiedziałem pewnie i spojrzałem mu prosto w oczy.
 - Co takiego? - nie ukrywał zdumienia.
 - To co słyszysz - powtórzyłem jego słowa - Chcę, żebyś mnie nauczył paru rzeczy...
 - Sądzisz, że zasady tutaj różnią się od tamtych, u ciebie? - przechylił nieco głowę i wzruszył ramionami - Racja...
Zadał pytanie, na które sam sobie odpowiedział. Trochę dziwne.
 - To jak? - pogoniłem go.
 - Nie ma mowy! - warknął i miał zamiar odwrócić się plecami, ale go zatrzymałem.
 - Proszę! - błagałem.
 - No to mnie przekup - spojrzał na mnie i uśmiechnął się złowieszczo.
 - Nie mam pieniędzy...
 - Więc nie ma o czym mówić...
 - Czekaj! Proszę, tylko paru, podstawowych rzeczy!
Elf spojrzał w niebo i zamyślił się chwilę. Pewnie analizował wszystkie za i przeciw.
 - Niech Ci tam będzie... tylko mi nie przeszkadzaj... - oświadczył.
 - Tak! Nie będę! - powiedziałem ucieszony.
 - Za mną! - rozkazał i ruszył przed siebie. Posłusznie poszedłem za nim.
 - A tak w ogóle nazywam się Ben - przedstawił się nie rzuciwszy nawet na mnie wzrokiem.
 - Max.
Szliśmy w ciszy. Ben cały czas miał wzrok wbity w ziemię, za to ja podziwiałem piękno lasu. Gdzie nie spojrzeć było zielono, a niektóre kwiaty tworzyły kolorowe dywaniki. Z zachwytu wyrwał mnie elf:
 - Jesteśmy - zatrzymał się i  pokazał ręką na niewielki, drewniany domek, porośnięty mchem. Wśród drzew był niemalże niewidoczny z daleka. I tak z trudem odnalazłem drzwi. Weszliśmy do środka. Wszystko mieściło się w jednym pomieszczeniu - łóżko, kilka mebli i kominek. Na ścianach wisiały łuki, jakieś maczety i sporych rozmiarów obraz. Pewnie jego rodzina, pomyślałem wpatrując się w osobniki na ścianie, w tym jego. Był o wiele mniejszy i... dziecięcy. Długo mu się przyglądałem. Ben stał przed wysokim i bardzo umięśnionym mężczyzną. Posiadał on wiele blizn. Obok niego stała drobna kobieta o niewiarygodnie długich, kręconych brąz włosach. Trzymała dłoń na ramieniu szatyna stojącego tuż obok Bena. Pewnie tamta dwójka to rodzice, a oni są braćmi.... jeszcze z boku stała młoda elfka, ale starsza od chłopców. Równie jak mama miała bujne włosy. Wszyscy byli bardzo bogato ubrani, jak jakaś rodzina królewska, a może lepiej... więc dlaczego widzę go teraz w takich szmatach i w jakiejś małej chatce, skoro mógł pewnie w pałacach?
 - Piękny obraz. - powiedziałem nie odrywając wzroku.
 - Już dawno miałem go wyrzucić... - odpowiedział obojętnie.
 - Dlaczego? Co Ci w nim przeszkadza?
Jednak elf już nie odpowiedział, tylko położył na łóżku i jak na zawołanie zasnął. Rozejrzałem się jeszcze raz po pomieszczeniu. Ma pewnie twardy sen - pomyślałem - Nie zorientuje się, że sobie wyszedłem. Cicho uchyliłem drzwi i zniknąłem gdzieś wśród drzew, trzymając się wąskiej dróżki. Las był bardzo piękny, szczególnie przy zachodzie słońca. Wtedy niektóre rośliny wydawały się przybierać żółto - pomarańczowe barwy. Niestety im dłużej spacerowałem, tym bardziej i upierdliwej dopadały mnie jakieś komary i inne żyjątka. Niechętnie postanowiłem wracać. Ben nadal spał, nawet nie zmienił pozycji. Kołdra była zgnieciona w kącie. Wziąłem ją i pościeliłem sobie na podłodze, przed łóżkiem. Była szeroka, więc robiła i za dodatkowy materac, można było się nią też spokojnie okryć.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Prolog. Gdzie ja właściwie jestem?!


 Siedziałem skulony w kącie pokoju nasłuchując wszystkich, choćby najmniejszych szmerów. O ile pokojem to mogę jeszcze nazwać. Dom był już dawno opuszczony przez ludzi, a na ich miejsce wstąpiły szczury, pająki, karaluchy i inne robactwa... i mnie. Tak... tak właśnie wyglądało moje życie. Przy takich warunkach już dawno można postradać zmysły. A jestem tu tylko dlatego, że nie mam się gdzie podziać. Rodzice już dawno mnie opuścili, a nikogo innego nie mam. Jestem zdany tylko na siebie.
 Na zewnątrz panowała wichura z deszczem. Było strasznie zimno. Leniwie wstałem i podszedłem do okna obserwując szaleństwo pogody. Miejsce było odludne, dlatego dziwił mnie widok spacerującej staruszki. Była dość daleko. Trzymała jakieś torby. Nie mogła sobie z nimi poradzić, bo wiatr był dla niej za silny. W końcu zdecydowałem się wyjść i pomóc kobiecie, bo dość długo nie mogła ruszyć się z miejsca, co było dla mnie nieco frustrujące. Założyłem kaptur i wyszedłem do staruszki.
 - Może babci pomóc? - zapytałem jak najmilej gdy tylko się znalazłem obok niej.
W odpowiedzi tylko podała mi torby i podążyła w jakąś stronę. Powędrowałem za nią, z trudem utrzymując się na nogach przez wiatr. Dotarliśmy do jakiegoś domu. Byliśmy cali przemoczeni, ale ona nie przejęła się chyba tym za bardzo. Staruszka otworzyła mi drzwi, więc wparowałem do środka i postawiłem torby pod ścianą. Dom był skromnie urządzony i zadbany, ale śmierdziało czymś. Miałem się zbierać do wyjścia, kiedy ona mi przeszkodziła. Teraz widziałem ją twarz dokładnie. Miała bardzo długie, siwe włosy, zielone oczy, długie pazury i była lekko zgarbiona. Podpierała się na lasce.
 - Dziękuje Ci, młodzieńcze - uśmiechnęła się - Gdyby nie ty to wiatr by mnie porwał.
 - To... nic... - odpowiedziałem.
 - Może wypijesz herbaty? - kobieta podążyła do kuchni.
 - Nie, dziękuje.
 - Nie? - zatrzymała się i zrobiła dłuższą pauzę - W takim razie przyjmij ode mnie to - podeszła do mnie i podała małą figurkę modlącego się dziecka - Jesteś godny zaufania.
 - Co babcia ma na myśli? - spytałem zdziwiony przyjmując podarunek.
 - Jaka babcia? - skręciła do kuchni i zniknęła za jakimiś drzwiami - Jeszcze zatańczę na twoim grobie!
Schowałem figurkę do kieszeni i niechętnie podążyłem za nią. Uchyliłem drzwi do pomieszczenia, do którego weszła staruszka. Nie było tam jej. Znajdowało się tam tylko łóżko, kilka mebli, półka na książki i czarny kocur wylegujący się na podłodze.
 - Babciu...? - zawołałem nieco pytająco.
Nagle kot miauknął i spojrzał w moją stronę. Cicho zamruczał. Wzruszyłem ramionami i poszedłem do swojego "domu". Wiatr nieco ustał i deszczu już nie było. Wyjąłem figurkę z kieszeni. Była śliska i niebiesko-przezroczysta. Postawiłem ją na małym stoliku, gdzie mrówki robiły sobie fiestę na już od dawna skamieniałym chlebie. Dlaczego ja go jeszcze nie wyrzuciłem? A zresztą. To i tak nie ma znaczenia. Mój wzrok skupił się na figurce modlącego się dziecka. Czy tamta staruszka była wiedźmą, że tak zniknęła? Nie, ja przecież nie wierzę w czary. Duchy, demony, wróżki, krasnale, smoki, anioły, elfy, czy Bóg. To przecież wszystko nie istnieje. To tylko wymysły ludzi. Najbardziej interesuje mnie to, co miała na myśli mówiąc, że jestem godny zaufania. Pewnie bawi się w czary. Parsknąłem pod nosem i otworzyłem szafę, w której przechowuje moje "zdobycze". Była jeszcze solidna, ani jednego "niechcianego gościa" nigdy tam nie znalazłem. Znajdowały się tam głównie jakieś błyskotki i jedzenie. Jestem świetnym kieszonkowcem! Nie wiem tylko po co kradłem biżuterię, skoro i tak nie mogę jej sprzedać. Każdy kto mnie zna patrzy na mnie nieprzechylnym wzrokiem i momentalnie się oddala. Mają mnie za wyrzutka. Nic dziwnego. Nawet szczują mnie psami, gdy tylko się pojawię, ale ich pupile nie stanowią dla mnie żadnego zagrożenia. Złapałem za jedną zupkę chińską i zacząłem wpychać do ust suchy makaron. Przyprawy wypadły mi na podłogę. Nagle usłyszałem stukanie do okna. Odwróciłem się napięcie, przez co poślizgnąłem na przyprawach. Runąłem na podłogę, strącając ręką podarunek od staruszki. Figurka zbiła się na drobny mak.Wstałem i wzruszyłem tylko ramionami. Dla mnie on i tak był bezwartościowy. Jednak moją uwagę przykuł unoszący się dym nad miejscem, w którym to spadło. Miało bardzo dziwny zapach, kujący moje płuca,niczym miliony małych igieł. Momentalnie zrobiło mi się niedobrze. Przed oczami miałem tylko czarne plamki. Osunąłem się na ziemię i zamknąłem oczy. Po obudzeniu huczało mi w uszach, a głowa rozsadzała. Głęboko oddychałem. Powoli próbowałem wstać, jednak tylko zalałem się falą bólu. Natychmiast zauważyłem, że coś jest nie w porządku. Leżałem na trawie, pod jasnym niebem. Zacisnąłem zęby i doprowadziłem do pozycji siedzącej, nie zważając na ból. Znajdowałem się w jakimś lesie. Zacząłem rozglądać się podejrzliwie. Wstałem, ale zakręciło mi się w głowie i oparłem o jakieś drzewo. Gdzie ja jestem? To sen, tak? Uszczypnąłem się w dłoń. Potem waliłem głową w drzewo, aby się obudzić. Nagle ktoś za mną złapał mnie za kaptur i pociągnął do tyłu. Upadłem na piach.
 - Co chcesz osiągnąć poprzez bicie się? - zapytał nieznajomy.
Podniosłem na niego wzrok i wyszczerzyłem oczy. Zaniemówiłem z wrażenia. To nie prawda...